RSS
 

Notki z tagiem ‘wstyd’

Gruba i szczęśliwa

24 maj

Odkąd sama prowadzę bloga, chętniej i częściej czytam wpisy innych blogerek. Zwłaszcza tych plus size. I raz po raz natrafiam – czy to w samych postach czy w komentarzach – na dyskusję dotyczącą bycia grubą i (ale?) szczęśliwą…

Generalnie obozy są dwa. :-) Pierwsza grupa to dziewczyny, które pokazują na własnym przykładzie, że nadprogramowe kilogramy wcale nie odejmują urody czy pewności siebie. Pokazują jak seksownie i kreatywnie się ubrać w rozmiarze XXL czy wręcz jak czerpać profity ze swej tuszy (praca jako modelka plus size). Emanują energią, samoakceptacją i pozytywnym nastawieniem. Są inspiracją i żywym przykładem na to, że nadwaga nie powinna być powodem do wstydu i kompleksów. Mówią wprost: można być grubym i szczęśliwym, oczywiście, że tak!…
Po przeciwnej stronie są te walczące – walczące z własnymi kilogramami i z… grupą pierwszą. Te dziewczyny nieustannie powtarzają, że nie ma nic fajnego w fałdkach i dlatego trzeba się ich pozbyć za wszelką cenę. A ten kto uważa inaczej łże i tylko szuka wymówki i usprawiedliwienia dla własnego lenistwa. Jednym tchem wyliczają zalety smukłej sylwetki i wady tej mniej smukłej. Chudnij i pracuj nad swoim ciałem, a osiągniesz szczęście!

I kto tu ma rację? Czy można być grubym i szczęśliwym? Czy to bzdura?

Moim zdaniem samo postawienie takiego pytania świadczy o ignorancji i pewnym ograniczeniu umysłowym. Jednym słowem taka teza to jakaś (gruba) pomyłka! Na Boga, przecież szczęście to nie kilogramy czy centymetry w pasie. Oczywiście, pewnie łatwiej o dobry humor, gdy się jest pięknym, młodym, szczupłym, bogatym i ma się mnóstwo przyjaciół. Ale żaden z tych elementów nie jest gwarantem szczęścia. Tak więc formułowanie jakiegokolwiek trybu warunkowego czy łańcucha przyczynowo-skutkowego pomiędzy tuszą a szczęściem nie ma sensu i jest totalnym nieporozumieniem!…

Szczęście jest w naszej głowie. I to w głowie rodzą się kompleksy czy samoakceptacja.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wiosna, ach to Ty!…

19 kwi

Kwiecień plecień, bo przeplata – trochę zimy, trochę lata…
Pogoda rzeczywiście trochę jeszcze płata figle, ale nikt już chyba nie ma wątpliwości, że nastała prawdziwa wiosna i na powrót zimy nie ma co liczyć. Kwiaty kwitną, ptaki świergolą, słoneczko coraz wyżej… Wspaniale, czyż nie?

Otóż nie. Dla grubasa nadejście wiosny nie wróży nic dobrego. Powraca bowiem problem: w co się ubrać?!
Zima ma tę jedną wielką zaletę, że rewia mody kończy się na finezyjnie zawiązanym szaliku. W grubym wełnianym swetrze i puchowej kurtce wszyscy wyglądamy podobnie – grubi i chudzi, ładni i brzydcy – wszyscy chowamy się przed mrozem pod kolejnymi warstwami ciuchów. I to jest piękne. A wiosną?

Wiosna i lato to odsłonięte ramiona, cienkie bluzeczki, krótkie spodenki… czyli wszystko to, co dla grubasa zakazane. Trzeba się bowiem odziać nie w to, co wygodne czy modne, ale w to, w co się człowiek mieści i w czym wyjście z domu będzie społecznie akceptowalne. A któż by chciał oglądać zwały tłuszczu, cellulit, obwisłą skórę? Ehhhh…. zimo wróć!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wielka… wielkanoc

28 mar

W te Święta ogarnęła mnie NIENAWIŚĆ. Nienawiść i obrzydzenie do siebie, do własnego ciała. I to bynajmniej nie dlatego, że się nawpieprzałam jak dzika świnka. Bo o dziwo się nie obżarłam – jakimś cudem zjadłam wręcz mało i do tego poszłam po obiedzie na krótki spacer. A jednak…

Do świątecznego obiadu wraz ze mną zasiadły m.in. dwie młode mamy. Mimo niedawnej ciąży, próżno szukać u nich wałeczków czy nadprogramowych kilogramów. Obie mogłyby z powodzeniem występować na wybiegu – szczupłe, zadbane, kwitnące wręcz. Nie to co ja. Przed wyjściem przez pół godziny stałam przed lustrem starając się znaleźć w szafie coś, w czym nie straszyłabym małych dzieci. (Rzecz jasna wybierałam wśród namiotów trzyosobowych, bo w dwuosobowe się już nie mieszczę.) I wydawało mi się, że koniec końców nie wyglądam najgorzej. Otóż to, wydawało mi się…

Załamałam się, gdy jedyny mój sprzymierzeniec w postaci szwagra, który z upodobaniem hodował swój brzuszek (ha! większy od mojego!!!) mimochodem pochwalił się, że od Bożego Narodzenia schudł 15 kilo. I nie zamierza na tym poprzestać.

A więc zostałam tylko ja. Zakała rodziny. Tylko ja wyglądam jakbym pod bluzką nosiła osobiste koło ratunkowe. Tylko, że żadna powódź nam nie grozi. Nie jestem w ciąży, nie mam cukrzycy ani innego badziewia, które mogłoby choć trochę mnie usprawiedliwić.
Może jeszcze parę lat (i kilo) temu ktoś by ze zrozumieniem pokiwał głową nad zwolnionym metabolizmem czy kiepskimi genami. Ale nie dziś – w dobie Chodakowskiej i Lewandowskiej. Dziś każdy MOŻE schudnąć, ba, wręcz powinien ćwiczyć i pilnować diety. Nie ma wymówek.

Może więc i ja powinnam skończyć ze swoimi? Sama się okłamuję, że nie jest przecież wcale tak najgorzej, że przecież jeszcze się mieszczę (w drzwiach, bo w ciuchach wg standardowej rozmiarówki już nie). Niby zdrowo się odżywiam, niby się trochę nawet ruszam, ale metabolizm mnie nie lubi. Podobnie jak waga łazienkowa.

Tylko, że teraz (po dobrym obiadku) nawet jestem w stanie uwierzyć, że mi się uda i szarżować postanowieniami. Ale jutro w pracy, w stresie i zabieganiu, będę w stanie zabić za czekoladę czy kilka batoników (ewentualnie dużą paczkę chipsów). Eh…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wesołych Świąt!

27 mar

WESOŁYCH ŚWIĄT WAM WSZYSTKIM!
Dużo słońca i energii! :-)

Życzenia składam, choć i tak nikt nie czyta tych moich wypocin. Ale to w sumie dobrze, bo to aż wstyd. Co ja tu wyprawiam? Mocne postanowienia o terminie ważności poniżej 24h. Nic tylko kolejne kilogramy na plus.

Nawet już nie chcę sobie obiecywać, że po Świętach to się na pewno zmobilizuję. Bo się nie zmobilizuję, wiem to. Ostatnio coraz częściej dopada mnie zniechęcenie, czarne myśli, depresja. W takim stanie nie myśli się o pójściu na siłownię, a raczej o pocieszającej kostce czekolady (ewentualnie całej tabliczce). Waga rośnie, a to nie poprawia nastroju. Koło się zamyka.

Mimo wszystko… wesołych Świąt!

swieta

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kult ciała

12 mar

Nie przesiaduję na siłowni, nie piekę własnego chleba, a do kolacji wolę czerwone wino zamiast zielonej herbaty. Jestem inna, jestem człowiekiem drugiego sortu.

Kiedyś może byłabym po prostu tą tęższą. I tyle. W końcu każdy jest inny – jeden wyższy, drugi niższy, tamten rudy a ten łysy, piegowaty czy garbaty. Więc i tuszą możemy się różnić, czyż nie?
Otóż nie. Posiadanie nadprogramowych kilogramów automatycznie czyni z Ciebie lenia, osobę niedbającą o siebie, kompletnego ignoranta w zakresie zdrowia i estetyki.

Dziś nie wypada pochwalić się, że upiekłam tort. Społecznie akceptowalny jest wyłącznie wypiek dietetycznych ciasteczek owsianych, naturalnie bez dodatku cukru. Biorąc do pracy kanapki z nutellą narażam się na lincz. Dozwolona jest lekka sałatka, ewentualnie ryba na parze lub jakieś kiełki. Zamówienie gorącej czekolady czy mrożonej kawy z lodami również jest passe – dziś kawiarniane pogaduszki odbywają się przy świeżo wyciskanym soku lub koktajlu warzywnym.

Nie ma więc miejsca na samoakceptację, na „kochanego ciałka nigdy za wiele”, na zwykłe przyzwyczajenie się do XL na metce.
Co Ty lustra nie masz? Tak się zapuścić… Leń i spaślak. Kiedy w końcu zamierzasz coś ze sobą zacząć robić?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii