RSS
 

Notki z tagiem ‘waga’

Cienka granica

25 cze

Niedawno, gdy wspomniałam swojemu facetowi, że powinnam zacząć się odchudzać, on żywo zaprzeczył – „taką Cię lubię”. Nie ma chyba wspanialszego komplementu da kobiety, prawda? :-) <3
A jednak kilka dni później skrytykował inną kobietę, która sporo przytyła w trakcie ciąży i po pół roku od porodu nadal była okrąglutka. Gdy zaczęłam jej bronić i powiedziałam, że przecież nie wie czy ja też sporo w ciąży nie przytyję i czy potem nie będę podobnie wyglądać, powiedział "Tylko spróbuj.".
Chamstwo? Dwulicowość? A może po prostu szczerość?…

Prawda jest taka, że granica między kobiecymi kształtami i seksownymi krągłościami a zwykłą otyłością bywa cienka. Kilogramy nie przybywają jednego dnia, tycie to proces który postępuje czasami niezauważenie… bo niby ciągle jest "jeszcze ok" aż pewnego dnia budzisz się, patrzysz krytycznie (na siebie czy bliską osobę) i z całą stanowczością dostrzegasz, że granica została już jednak dawno przekroczona. :-(

Oczywiście, nie chodzi o to żeby codziennie stawać na wadze czy się mierzyć.
I trudno porównywać efekty ciąży z efektami lenistwa.
Warto jednak czasem spojrzeć na siebie krytycznie. Zanim zrobi to ktoś inny…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Idzie zima…

27 paź

Dawno nie pisałam, ale to dlatego, że niewiele się zmieniło od ostatniego wpisu. Waga cały czas waha się na poziomie 70-72 kg. Z jednej strony dobrze, że nie ma efektu jo-jo, a z drugiej chciałby się, aby na wyświetlaczu wagi pojawiła się szóstka…

W ciągu ostatnich kilku miesięcy troszkę się w moim życiu pozmieniało. Z jednej strony zaczęłam regularnie ćwiczyć (o tym może napiszę osobny wpis), a z drugiej strony trochę odpuściłam z dietą. Nie mieszkam już sama, więc na moje nawyki żywieniowe ma teraz większy wpływ właśnie ta druga osoba. I to mnie trochę martwi, bo dzienna ilość kalorii zdecydowanie mi wzrosła. A ilość ruchu nie aż tak bardzo. Dlatego boję się, że jeszcze chwila i kilogramy zaczną wracać… :-(

A z obecną sylwetką czuję się naprawdę dobrze. W końcu mogę chodzić w normalnych ubraniach. I nie muszę się wstydzić na basenie czy na imprezie. Oczywiście, rozmiar 40 to nie wymiary modelki, ale dla mnie to naprawdę fajna wielkość. :-)

Idzie zima… człowiek więcej czasu spędza w domu, chętniej sięga po jedzonko, bo przecież trzeba się rozgrzać i poprawić sobie humor w szary chłodny dzień… A ruchu mniej, bo aura nie sprzyja i jeszcze wcześnie robi się ciemno… A pod grubymi swetrami przecież i tak nie widać nowych fałdek…
Muszę znaleźć w sobie siłę, by zimą znów sobie nie pofolgować i nie przytyć. Muszę się po prostu pilnować!

 
 

Wzloty i upadki

12 sie

Kilka razy już zabierałam się za napisanie kolejnego wpisu, ale jakoś tak ciągle miałam poczucie, że nie mam o czym pisać… Nie mam czym się pochwalić. Moja waga stoi w miejscu. I sama jestem sobie winna, bo raz po raz dopada mnie „gastrofaza” i zajadam smutki.

kolacja

Dokładnie tak, jak na zdjęciu powyżej – cały dzień grzecznie i przepisowo, a wieczorem, gdy nikt nie patrzy… Ehhh…

Pozytywne jest jedynie to, że sporo ludzi zauważyło już zmianę – nawet fryzjerka czy zaprzyjaźniona ekspedientka w sklepie. „Pani coś chyba ubyło.” :-) Czyli jednak waga łazienkowa nie spiskuje i faktycznie zgubiłam 13 kilo…

Sama też czuję się lepiej z mniejszą wersją siebie. Choć jeszcze sporo jest do zrobienia – brzuch wisi, na udach galareta i tak dalej… Ale wreszcie znikły fałdy z pleców i mieszczę się w mniejsze spodnie. ;-)

Mam postanowienie żeby w końcu zacząć się więcej ruszać. Moje ciało wymaga wzmocnienia, wyrzeźbienia… Poza tym jeśli wieczorem gdzieś wyjdę, to prawdopodobieństwo nawpieprzania się przed snem maleje… :-P

 
 

Klucz do sukcesu

12 lip

Ponoć w procesie zmiany sylwetki 70% sukcesu stanowi odpowiednia dieta, a zaledwie 30% to ćwiczenia, trening. Tak mówią….

Prawdę powiedziawszy, nigdy w to nie wierzyłam. Twardo stałam na stanowisku, że dieta dietą, ale klucz do sukcesu to ruch. Wiadomo, jakieś ogólne zasady zdrowego żywienia trzeba zachować, nie jeść śmieciowego jedzenia i nie objadać się przesadnie. Ale jak się człowiek odpowiednio dużo rusza, to wszystko spali, więc nie ma co przesadzać z pilnowaniem kalorii czy wymyślnymi dietami-cud.
I może rzeczywiście gdy byłam młodsza, to tak to działało. Człowiek miał inny metabolizm. I inny tryb życia… W każdym bądź razie, gdy już po 30 zabrałam się za odchudzanie, to boleśnie się przekonałam, że nie uda mi się tego osiągnąć „po swojemu”. Ćwiczyłam i ćwiczyłam, ale waga nie spadała. Nawet przy dużej dawce codziennego ruchu efektów nie było właściwie żadnych. :-(

Dopiero, gdy zmieniłam dietę i zaczęłam naprawdę pilnować tego, co jem – waga drgnęła. Teraz niewiele się ruszam (mogłabym więcej!), ale powoli acz systematycznie chudnę. Muszę więc uderzyć się w pierś i przyznać, że faktycznie – jedzenie jest czynnikiem kluczowym…

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii pamiętnik odchudzania

 

Dyszka

12 cze

Zgubiłam dychę. Na szczęście nie chodzi o 10 PLN, ale o 10 KG – więc skaczę z radości. :-) Schudłam 10 kilogramów w stosunku do swojej maksymalnej wagi, a 6 kilo od momentu prowadzenia bloga. Zajęło mi to sporo czasu i kosztowało wiele wyrzeczeń, ale udało się. :-) Przede mną oczywiście jeszcze dłuuuga droga, ale pierwszy wymierny sukces jest. Oby tak dalej!

Miało się udać do moich urodzin – i tak się stało. To najlepszy prezent urodzinowy od samej siebie dla siebie. :-) :-) :-)

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii pamiętnik odchudzania

 

Gruba i szczęśliwa

24 maj

Odkąd sama prowadzę bloga, chętniej i częściej czytam wpisy innych blogerek. Zwłaszcza tych plus size. I raz po raz natrafiam – czy to w samych postach czy w komentarzach – na dyskusję dotyczącą bycia grubą i (ale?) szczęśliwą…

Generalnie obozy są dwa. :-) Pierwsza grupa to dziewczyny, które pokazują na własnym przykładzie, że nadprogramowe kilogramy wcale nie odejmują urody czy pewności siebie. Pokazują jak seksownie i kreatywnie się ubrać w rozmiarze XXL czy wręcz jak czerpać profity ze swej tuszy (praca jako modelka plus size). Emanują energią, samoakceptacją i pozytywnym nastawieniem. Są inspiracją i żywym przykładem na to, że nadwaga nie powinna być powodem do wstydu i kompleksów. Mówią wprost: można być grubym i szczęśliwym, oczywiście, że tak!…
Po przeciwnej stronie są te walczące – walczące z własnymi kilogramami i z… grupą pierwszą. Te dziewczyny nieustannie powtarzają, że nie ma nic fajnego w fałdkach i dlatego trzeba się ich pozbyć za wszelką cenę. A ten kto uważa inaczej łże i tylko szuka wymówki i usprawiedliwienia dla własnego lenistwa. Jednym tchem wyliczają zalety smukłej sylwetki i wady tej mniej smukłej. Chudnij i pracuj nad swoim ciałem, a osiągniesz szczęście!

I kto tu ma rację? Czy można być grubym i szczęśliwym? Czy to bzdura?

Moim zdaniem samo postawienie takiego pytania świadczy o ignorancji i pewnym ograniczeniu umysłowym. Jednym słowem taka teza to jakaś (gruba) pomyłka! Na Boga, przecież szczęście to nie kilogramy czy centymetry w pasie. Oczywiście, pewnie łatwiej o dobry humor, gdy się jest pięknym, młodym, szczupłym, bogatym i ma się mnóstwo przyjaciół. Ale żaden z tych elementów nie jest gwarantem szczęścia. Tak więc formułowanie jakiegokolwiek trybu warunkowego czy łańcucha przyczynowo-skutkowego pomiędzy tuszą a szczęściem nie ma sensu i jest totalnym nieporozumieniem!…

Szczęście jest w naszej głowie. I to w głowie rodzą się kompleksy czy samoakceptacja.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zmiany, zmiany…

21 maj

„To zajmie 4 tygodnie zanim Ty zauważysz różnicę. To zajmie 8 tygodni zanim zauważą ją Twoi znajomi i rodzina. To zajmie 12 tygodni zanim zobaczy ją cały świat” – takie zdanie znalazłam jakiś czas temu na blogu Czekoholiczki. U mnie zmiany przebiegają znacznie wolniej, ale też w końcu efekty zaczęły być widoczne…

Moje ciało się zmienia. Widać to już nie tylko na wyświetlaczu wagi. Ubywa centymetrów, ciało powoli się wysmukla… Oczywiście przede mną jeszcze dłuuuga droga, ale też sporo już za mną. Wbiłam się np. w rozmiar mniejsze spodnie! To jest po prostu niesamowite!

Te zmiany wewnętrzne przyczyniają się również do zmian wewnętrznych. Mam więcej energii i zdecydowanie lepszy humor. Fakt, że zwały tłuszczu powolutku maleją dodaje mi pewności siebie. Czuję się po prostu silniejsza. :-)

Nie mogę się już doczekać momentu, gdy i otoczenie zacznie dostrzegać zmiany. Ale nawet jeśli to zajmie więcej niż 12 tygodni, to nie zamierzam się poddawać ani zatrzymywać na tej drodze. „Dobra zmiano” przybywaj! ;-) :-P

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii pamiętnik odchudzania

 

Wyliczanka

28 kwi

Każda odchudzająca się osoba ma swój cel. Oprócz marzeń, by ładniej i szczuplej wyglądać oraz by mieścić się w mniejszy rozmiar ciuchów, zazwyczaj mamy też cel liczbowy. Ileś kilogramów i centymetrów mniej. Konkretne cyferki na wadze, które powiedzą nam, że tak, udało się!…

Moja wyliczanka wygląda następująco:

Waga wyjściowa to niechlubne 84 kilogramy. Bloga zaczęłam prowadzić ważąc równiutkie 80. Moim pierwszym celem jest szczęśliwa siódemka czyli magiczne 77. To dla mnie taki znak, że na dobre (oby!) pożegnałam się z ósemką. I uwaga… ten cel właśnie osiągnęłam! Hip hip hurra! ;-) Co dalej? Teraz będę dążyć do 74, bo tam przebiega granica, za którą BMI wyznacza nadwagę. Granica umowna, ale warto ją przekroczyć (i nie wracać). Docelowo chciałabym ważyć 68 (no może 69 bo ta liczba dobrze się kojarzy ;-) ).
Zapytacie dlaczego tylko tyle? Dlaczego nie 65, 60 albo 55? Po pierwsze dlatego, że zgubienie 16 kg (o ile się uda) będzie i tak nie lada osiągnięciem. A po drugie, nie zamierzam się katować dla idei – zawsze byłam Grubokoścista i pewnie taka umrę. Nie muszę być szczuplutka. Marzę o normalności. O wyglądzie nie budzącym obrzydzenia i o sukienkach w rozmiarze 40. Niewielkie wałeczki nie są złe, o ile nie przeradzają się w zwały tłuszczu. Krągłości mogą nawet dodawać kobiecości, póki nie wygląda się jak maskotka Michelin…

michelin-man

 
 

Wielka… wielkanoc

28 mar

W te Święta ogarnęła mnie NIENAWIŚĆ. Nienawiść i obrzydzenie do siebie, do własnego ciała. I to bynajmniej nie dlatego, że się nawpieprzałam jak dzika świnka. Bo o dziwo się nie obżarłam – jakimś cudem zjadłam wręcz mało i do tego poszłam po obiedzie na krótki spacer. A jednak…

Do świątecznego obiadu wraz ze mną zasiadły m.in. dwie młode mamy. Mimo niedawnej ciąży, próżno szukać u nich wałeczków czy nadprogramowych kilogramów. Obie mogłyby z powodzeniem występować na wybiegu – szczupłe, zadbane, kwitnące wręcz. Nie to co ja. Przed wyjściem przez pół godziny stałam przed lustrem starając się znaleźć w szafie coś, w czym nie straszyłabym małych dzieci. (Rzecz jasna wybierałam wśród namiotów trzyosobowych, bo w dwuosobowe się już nie mieszczę.) I wydawało mi się, że koniec końców nie wyglądam najgorzej. Otóż to, wydawało mi się…

Załamałam się, gdy jedyny mój sprzymierzeniec w postaci szwagra, który z upodobaniem hodował swój brzuszek (ha! większy od mojego!!!) mimochodem pochwalił się, że od Bożego Narodzenia schudł 15 kilo. I nie zamierza na tym poprzestać.

A więc zostałam tylko ja. Zakała rodziny. Tylko ja wyglądam jakbym pod bluzką nosiła osobiste koło ratunkowe. Tylko, że żadna powódź nam nie grozi. Nie jestem w ciąży, nie mam cukrzycy ani innego badziewia, które mogłoby choć trochę mnie usprawiedliwić.
Może jeszcze parę lat (i kilo) temu ktoś by ze zrozumieniem pokiwał głową nad zwolnionym metabolizmem czy kiepskimi genami. Ale nie dziś – w dobie Chodakowskiej i Lewandowskiej. Dziś każdy MOŻE schudnąć, ba, wręcz powinien ćwiczyć i pilnować diety. Nie ma wymówek.

Może więc i ja powinnam skończyć ze swoimi? Sama się okłamuję, że nie jest przecież wcale tak najgorzej, że przecież jeszcze się mieszczę (w drzwiach, bo w ciuchach wg standardowej rozmiarówki już nie). Niby zdrowo się odżywiam, niby się trochę nawet ruszam, ale metabolizm mnie nie lubi. Podobnie jak waga łazienkowa.

Tylko, że teraz (po dobrym obiadku) nawet jestem w stanie uwierzyć, że mi się uda i szarżować postanowieniami. Ale jutro w pracy, w stresie i zabieganiu, będę w stanie zabić za czekoladę czy kilka batoników (ewentualnie dużą paczkę chipsów). Eh…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kult ciała

12 mar

Nie przesiaduję na siłowni, nie piekę własnego chleba, a do kolacji wolę czerwone wino zamiast zielonej herbaty. Jestem inna, jestem człowiekiem drugiego sortu.

Kiedyś może byłabym po prostu tą tęższą. I tyle. W końcu każdy jest inny – jeden wyższy, drugi niższy, tamten rudy a ten łysy, piegowaty czy garbaty. Więc i tuszą możemy się różnić, czyż nie?
Otóż nie. Posiadanie nadprogramowych kilogramów automatycznie czyni z Ciebie lenia, osobę niedbającą o siebie, kompletnego ignoranta w zakresie zdrowia i estetyki.

Dziś nie wypada pochwalić się, że upiekłam tort. Społecznie akceptowalny jest wyłącznie wypiek dietetycznych ciasteczek owsianych, naturalnie bez dodatku cukru. Biorąc do pracy kanapki z nutellą narażam się na lincz. Dozwolona jest lekka sałatka, ewentualnie ryba na parze lub jakieś kiełki. Zamówienie gorącej czekolady czy mrożonej kawy z lodami również jest passe – dziś kawiarniane pogaduszki odbywają się przy świeżo wyciskanym soku lub koktajlu warzywnym.

Nie ma więc miejsca na samoakceptację, na „kochanego ciałka nigdy za wiele”, na zwykłe przyzwyczajenie się do XL na metce.
Co Ty lustra nie masz? Tak się zapuścić… Leń i spaślak. Kiedy w końcu zamierzasz coś ze sobą zacząć robić?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii