RSS
 

Notki z tagiem ‘odchudzanie’

Zajadanie problemów

28 lut

Ostatnia awantura z chłopakiem kosztowała mnie 2kg, poprzednia aż 3kg. Po co mi trener osobisty i dieta, skoro wystarczy pokłócić się z facetem? ;-)

A tak serio, to wiadomo, stres odbija się na całym naszym organizmie – na jakości snu, na metabolizmie… Niektórzy stres zajadają – w ten sposób się uspokajają, zajmują myśli, próbują sobie poprawić nastrój dogadzając sobie kulinarnie. Inni wręcz przeciwnie – nie mogą wtedy nic przełknąć, zapominają w ogóle o tym, że trzeba jeść, mają tzw. „ściśnięty żołądek”…
Ja owszem, uwielbiam sobie dogadzać i zajadać jakieś pyszności na poprawę humoru, ale gdy dzieje się coś naprawdę stresującego, to po pierwsze od razu muszę opróżnić jelita ;-) a po drugie jakoś w mniejszym stopniu odczuwam głód. Tak jest i tym razem.

Niestety to chyba jedyny pozytywny aspekt tej kłótni… :-(

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wzloty i upadki

12 sie

Kilka razy już zabierałam się za napisanie kolejnego wpisu, ale jakoś tak ciągle miałam poczucie, że nie mam o czym pisać… Nie mam czym się pochwalić. Moja waga stoi w miejscu. I sama jestem sobie winna, bo raz po raz dopada mnie „gastrofaza” i zajadam smutki.

kolacja

Dokładnie tak, jak na zdjęciu powyżej – cały dzień grzecznie i przepisowo, a wieczorem, gdy nikt nie patrzy… Ehhh…

Pozytywne jest jedynie to, że sporo ludzi zauważyło już zmianę – nawet fryzjerka czy zaprzyjaźniona ekspedientka w sklepie. „Pani coś chyba ubyło.” :-) Czyli jednak waga łazienkowa nie spiskuje i faktycznie zgubiłam 13 kilo…

Sama też czuję się lepiej z mniejszą wersją siebie. Choć jeszcze sporo jest do zrobienia – brzuch wisi, na udach galareta i tak dalej… Ale wreszcie znikły fałdy z pleców i mieszczę się w mniejsze spodnie. ;-)

Mam postanowienie żeby w końcu zacząć się więcej ruszać. Moje ciało wymaga wzmocnienia, wyrzeźbienia… Poza tym jeśli wieczorem gdzieś wyjdę, to prawdopodobieństwo nawpieprzania się przed snem maleje… :-P

 
 

Klucz do sukcesu

12 lip

Ponoć w procesie zmiany sylwetki 70% sukcesu stanowi odpowiednia dieta, a zaledwie 30% to ćwiczenia, trening. Tak mówią….

Prawdę powiedziawszy, nigdy w to nie wierzyłam. Twardo stałam na stanowisku, że dieta dietą, ale klucz do sukcesu to ruch. Wiadomo, jakieś ogólne zasady zdrowego żywienia trzeba zachować, nie jeść śmieciowego jedzenia i nie objadać się przesadnie. Ale jak się człowiek odpowiednio dużo rusza, to wszystko spali, więc nie ma co przesadzać z pilnowaniem kalorii czy wymyślnymi dietami-cud.
I może rzeczywiście gdy byłam młodsza, to tak to działało. Człowiek miał inny metabolizm. I inny tryb życia… W każdym bądź razie, gdy już po 30 zabrałam się za odchudzanie, to boleśnie się przekonałam, że nie uda mi się tego osiągnąć „po swojemu”. Ćwiczyłam i ćwiczyłam, ale waga nie spadała. Nawet przy dużej dawce codziennego ruchu efektów nie było właściwie żadnych. :-(

Dopiero, gdy zmieniłam dietę i zaczęłam naprawdę pilnować tego, co jem – waga drgnęła. Teraz niewiele się ruszam (mogłabym więcej!), ale powoli acz systematycznie chudnę. Muszę więc uderzyć się w pierś i przyznać, że faktycznie – jedzenie jest czynnikiem kluczowym…

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii pamiętnik odchudzania

 

Co w nagrodę?

01 lip

Ostatnio ktoś mnie zapytał, jak planuję uczcić swoją zmianę i utratę pierwszych 10 kilogramów. No bo przecież tyle wyrzeczeń, tyle starań… to teraz trzeba sobie to odbić, jakoś wynagrodzić, prawda? Np. jakieś wielkie ciasto czekoladowe albo kubełek lodów?…

Otóż nie.

Zbyt długo jedzenie było dla mnie nagrodą. Nagrodą, karą, sposobem na smutek czy samotność, odskocznią od nudy albo metodą na uczczenie czegoś. Jedzenie zbyt często wiązało się u mnie z jakimiś emocjami. Chipsy na odreagowanie ciężkiego dnia, lody po udanych zakupach, czekolada by odzyskać energię…

Tak jesteśmy wychowywani od małego – ciastko z kremem za dobre świadectwo a za łobuzowanie – szlaban na deser. Jeśli będziesz grzeczny u babci albo u lekarza, to zabiorę Cię na lody albo pójdziemy do McDonalda. Nie kupię Ci tych cukierków, bo byłeś niegrzeczny.

Jako dorośli sami siebie nagradzamy, dogadzamy sobie… Oczywiście nie ma nic złego w tym, by od czasu do czasu sięgnąć po coś niezdrowego i kalorycznego. Problem zaczyna się wtedy, gdy powody same się znajdują i mnożą. Gdy uciekamy w jedzenie. Gdy staje się ono czymś więcej niż pokarmem, paliwem dla organizmu.

Dlatego nie zjem ciasta czekoladowego w ramach nagrody. Za to pójdę kupić sobie sukienkę – o rozmiar mniejszą niż dotychczas! ;-) :-P

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zmiany, zmiany…

21 maj

„To zajmie 4 tygodnie zanim Ty zauważysz różnicę. To zajmie 8 tygodni zanim zauważą ją Twoi znajomi i rodzina. To zajmie 12 tygodni zanim zobaczy ją cały świat” – takie zdanie znalazłam jakiś czas temu na blogu Czekoholiczki. U mnie zmiany przebiegają znacznie wolniej, ale też w końcu efekty zaczęły być widoczne…

Moje ciało się zmienia. Widać to już nie tylko na wyświetlaczu wagi. Ubywa centymetrów, ciało powoli się wysmukla… Oczywiście przede mną jeszcze dłuuuga droga, ale też sporo już za mną. Wbiłam się np. w rozmiar mniejsze spodnie! To jest po prostu niesamowite!

Te zmiany wewnętrzne przyczyniają się również do zmian wewnętrznych. Mam więcej energii i zdecydowanie lepszy humor. Fakt, że zwały tłuszczu powolutku maleją dodaje mi pewności siebie. Czuję się po prostu silniejsza. :-)

Nie mogę się już doczekać momentu, gdy i otoczenie zacznie dostrzegać zmiany. Ale nawet jeśli to zajmie więcej niż 12 tygodni, to nie zamierzam się poddawać ani zatrzymywać na tej drodze. „Dobra zmiano” przybywaj! ;-) :-P

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii pamiętnik odchudzania

 

Zakupy

10 maj

Dieta zaczyna się w sklepie. To, co włożysz do koszyka w markecie, wcześniej czy później wyląduje w Twoim brzuchu. - Wiem, że to mało odkrywcze stwierdzenie, ale ja uczę się go wciąż na nowo. Bo nadal borykam się z niesamowitymi pokusami podczas zakupów.

Staram się już nie kupować czegoś z przyzwyczajenia, nie skręcać odruchowo w pewne alejki i nie zatrzymywać się przy niektórych półkach. Bo po co? O pewnych produktach lepiej zapomnieć i już! Jednak siła nawyku jest ogromna. Najtrudniej jest mi poradzić sobie z tzw. kupowaniem na zapas, na czarną godzinę, na wypadek wizyty gości itp. – ilekroć kupowałam coś niezdrowego z taką myślą, korciło mnie to i zwykle pożerałam to najdalej następnego dnia…

Najbardziej kusi mnie alkohol i słone / pikantne przekąski (chipsy i cała reszta). Głos w mojej głowie mówi, że przecież jedna mała paczka chrupek mnie nie zabije, no i przecież wcale nie muszę jej zjeść zaraz po powrocie do domu. Ten głos zagłusza rozsądek i smutną prawdę, że na jednej paczce się nie skończy, a już jedna to mój limit kalorii na pół dnia…

Chodzę na zakupy z kartką i staram się nie wybierać „na głodnego”. Jednak, choć idzie mi coraz lepiej, nadal zdarza mi się w sklepie ulegać pokusie… a gdy ulegnę jej w markecie, to w domu jestem już bez szans. :-(
Też tak macie? Jak sobie z tym radzicie?

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wyliczanka

28 kwi

Każda odchudzająca się osoba ma swój cel. Oprócz marzeń, by ładniej i szczuplej wyglądać oraz by mieścić się w mniejszy rozmiar ciuchów, zazwyczaj mamy też cel liczbowy. Ileś kilogramów i centymetrów mniej. Konkretne cyferki na wadze, które powiedzą nam, że tak, udało się!…

Moja wyliczanka wygląda następująco:

Waga wyjściowa to niechlubne 84 kilogramy. Bloga zaczęłam prowadzić ważąc równiutkie 80. Moim pierwszym celem jest szczęśliwa siódemka czyli magiczne 77. To dla mnie taki znak, że na dobre (oby!) pożegnałam się z ósemką. I uwaga… ten cel właśnie osiągnęłam! Hip hip hurra! ;-) Co dalej? Teraz będę dążyć do 74, bo tam przebiega granica, za którą BMI wyznacza nadwagę. Granica umowna, ale warto ją przekroczyć (i nie wracać). Docelowo chciałabym ważyć 68 (no może 69 bo ta liczba dobrze się kojarzy ;-) ).
Zapytacie dlaczego tylko tyle? Dlaczego nie 65, 60 albo 55? Po pierwsze dlatego, że zgubienie 16 kg (o ile się uda) będzie i tak nie lada osiągnięciem. A po drugie, nie zamierzam się katować dla idei – zawsze byłam Grubokoścista i pewnie taka umrę. Nie muszę być szczuplutka. Marzę o normalności. O wyglądzie nie budzącym obrzydzenia i o sukienkach w rozmiarze 40. Niewielkie wałeczki nie są złe, o ile nie przeradzają się w zwały tłuszczu. Krągłości mogą nawet dodawać kobiecości, póki nie wygląda się jak maskotka Michelin…

michelin-man

 
 

Ochota na słodycze i cały ten cukier

25 kwi

Od miesiąca jestem na słodyczowym odwyku. Do tej pory po coś słodkiego sięgałam właściwie codziennie – przynajmniej raz, a nawet dwa w ciągu doby. Jakaś czekoladka, batonik, ciasteczko… No bo jak to – kawa bez czegoś słodkiego? No i mały deserek po obiedzie by się przydał, prawda? Niby takie nic, a jednak coś.

Obecnie nadal są momenty, gdy nachodzi mnie niesamowita ochota na słodycze. Zwykle największą pokusą mam popołudniu, po obiedzie. Po prostu nie mogę się powstrzymać, nie mogę myśleć o niczym innym… :-(
Staram się wtedy sięgać po owoce – najczęściej jabłka. Ewentualnie kilka kostek gorzkiej czekolady.
Zauważyłam, że ochota na słodycze – z tygodnia na tydzień – znacznie spada!… :-)

Ostatnio oglądałam świetny film „Cały ten cukier”. Polecam gorąco tym, którzy jeszcze nie widzieli!
Dziennikarz, który do tej pory prowadził bardzo zdrowy tryb życia i stosował bezcukrową dietę, postanawia w ramach eksperymentu przejść na dietę wysokocukrową i spożywać w ciągu dnia równowartość 40 łyżeczek cukru (średnie spożycie w Australii, gdzie film jest kręcony). Ale nie sięga po fast-foody czy słodycze. Nie! Spożywa produkty, które uchodzą za dość zdrowe – soki owocowe, jakieś mleczne napoje itp. No i nie zmienia poziomu swojej aktywności fizycznej, czyli nadal regularnie biega i ćwiczy w domowej siłowni. A jednak w jego organizmie zachodzą niesamowite zmiany…
Film dość obrazowo tłumaczy jakie znaczenie w naszej diecie ma cukier. Z wielu rzeczy pewnie nie zdajemy sobie sprawy albo zwyczajnie je bagatelizujemy. Nie będę zdradzać szczegółów, obejrzyjcie sami! :-)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii pamiętnik odchudzania

 

Tydzień czwarty

24 kwi

Minął właśnie 4. tydzień prowadzenia bloga i moich zmagań z wagą…

Pierwsze trzy dni chyba lepiej byłoby okryć zasłoną milczenia – jadłam za dużo i nie to, co trzeba. Dałam pofolgować swoim zachciankom. No i jedyny ruch to kiwanie palcem w bucie. Żenada! :-(
Na szczęście w czwartek wróciła mobilizacja. Nawet poszłam pobiegać! No i znowu grzecznie liczę kalorie i nie sięgam po słodycze czy inne niezdrowe przekąski. Oby tak dalej…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii pamiętnik odchudzania

 

Tydzień drugi

10 kwi

Za mną drugi tydzień (prawie) bez słodyczy. Prawie, bo w środę zostałam poczęstowana ciastem i po prostu nie udało mi się odmówić (nie chciałam robić przykrości gospodyni, więc w końcu uległam i zjadłam). Ale poza tym staram się trzymać. Z radością obserwuję, że drugi tydzień był znacznie prostszy niż pierwszy – owszem, nadal miałam straszną ochotę na coś słodkiego, ale już nie myślę o czekoladzie i chipsach 24h na dobę. ;-)

Niestety jeśli chodzi o ruch – porażka. :-( O ile w pierwszym tygodniu dzielnie chodziłam na dłuuugie spacery, to w ostatnim tygodniu nie robiłam właściwie nic. A miałam zwiększać intensywność, a nie zmniejszać! Eh, taka właśnie moja słaba silna wola… :-(

14

Widocznych efektów niestety nadal brak… zastanawiam się, czy nie powinnam pójść do specjalisty. Mam na myśli dietetyka albo trenera personalnego. No bo bądźmy szczerzy, ja się na tym nie znam. Działam intuicyjnie. Z jednej strony znam siebie i swój organizm lepiej niż ktokolwiek inny (co powinno działać na moją korzyść), ale z drugiej może przez swoje niedouczenie tylko będę marnować czas i energię (katować się ale bez efektów)??? Hmmm…

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii pamiętnik odchudzania