RSS
 

Notki z tagiem ‘dieta’

Wzloty i upadki

12 sie

Kilka razy już zabierałam się za napisanie kolejnego wpisu, ale jakoś tak ciągle miałam poczucie, że nie mam o czym pisać… Nie mam czym się pochwalić. Moja waga stoi w miejscu. I sama jestem sobie winna, bo raz po raz dopada mnie „gastrofaza” i zajadam smutki.

kolacja

Dokładnie tak, jak na zdjęciu powyżej – cały dzień grzecznie i przepisowo, a wieczorem, gdy nikt nie patrzy… Ehhh…

Pozytywne jest jedynie to, że sporo ludzi zauważyło już zmianę – nawet fryzjerka czy zaprzyjaźniona ekspedientka w sklepie. „Pani coś chyba ubyło.” :-) Czyli jednak waga łazienkowa nie spiskuje i faktycznie zgubiłam 13 kilo…

Sama też czuję się lepiej z mniejszą wersją siebie. Choć jeszcze sporo jest do zrobienia – brzuch wisi, na udach galareta i tak dalej… Ale wreszcie znikły fałdy z pleców i mieszczę się w mniejsze spodnie. ;-)

Mam postanowienie żeby w końcu zacząć się więcej ruszać. Moje ciało wymaga wzmocnienia, wyrzeźbienia… Poza tym jeśli wieczorem gdzieś wyjdę, to prawdopodobieństwo nawpieprzania się przed snem maleje… :-P

 
 

Klucz do sukcesu

12 lip

Ponoć w procesie zmiany sylwetki 70% sukcesu stanowi odpowiednia dieta, a zaledwie 30% to ćwiczenia, trening. Tak mówią….

Prawdę powiedziawszy, nigdy w to nie wierzyłam. Twardo stałam na stanowisku, że dieta dietą, ale klucz do sukcesu to ruch. Wiadomo, jakieś ogólne zasady zdrowego żywienia trzeba zachować, nie jeść śmieciowego jedzenia i nie objadać się przesadnie. Ale jak się człowiek odpowiednio dużo rusza, to wszystko spali, więc nie ma co przesadzać z pilnowaniem kalorii czy wymyślnymi dietami-cud.
I może rzeczywiście gdy byłam młodsza, to tak to działało. Człowiek miał inny metabolizm. I inny tryb życia… W każdym bądź razie, gdy już po 30 zabrałam się za odchudzanie, to boleśnie się przekonałam, że nie uda mi się tego osiągnąć „po swojemu”. Ćwiczyłam i ćwiczyłam, ale waga nie spadała. Nawet przy dużej dawce codziennego ruchu efektów nie było właściwie żadnych. :-(

Dopiero, gdy zmieniłam dietę i zaczęłam naprawdę pilnować tego, co jem – waga drgnęła. Teraz niewiele się ruszam (mogłabym więcej!), ale powoli acz systematycznie chudnę. Muszę więc uderzyć się w pierś i przyznać, że faktycznie – jedzenie jest czynnikiem kluczowym…

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii pamiętnik odchudzania

 

Co w nagrodę?

01 lip

Ostatnio ktoś mnie zapytał, jak planuję uczcić swoją zmianę i utratę pierwszych 10 kilogramów. No bo przecież tyle wyrzeczeń, tyle starań… to teraz trzeba sobie to odbić, jakoś wynagrodzić, prawda? Np. jakieś wielkie ciasto czekoladowe albo kubełek lodów?…

Otóż nie.

Zbyt długo jedzenie było dla mnie nagrodą. Nagrodą, karą, sposobem na smutek czy samotność, odskocznią od nudy albo metodą na uczczenie czegoś. Jedzenie zbyt często wiązało się u mnie z jakimiś emocjami. Chipsy na odreagowanie ciężkiego dnia, lody po udanych zakupach, czekolada by odzyskać energię…

Tak jesteśmy wychowywani od małego – ciastko z kremem za dobre świadectwo a za łobuzowanie – szlaban na deser. Jeśli będziesz grzeczny u babci albo u lekarza, to zabiorę Cię na lody albo pójdziemy do McDonalda. Nie kupię Ci tych cukierków, bo byłeś niegrzeczny.

Jako dorośli sami siebie nagradzamy, dogadzamy sobie… Oczywiście nie ma nic złego w tym, by od czasu do czasu sięgnąć po coś niezdrowego i kalorycznego. Problem zaczyna się wtedy, gdy powody same się znajdują i mnożą. Gdy uciekamy w jedzenie. Gdy staje się ono czymś więcej niż pokarmem, paliwem dla organizmu.

Dlatego nie zjem ciasta czekoladowego w ramach nagrody. Za to pójdę kupić sobie sukienkę – o rozmiar mniejszą niż dotychczas! ;-) :-P

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Goście, goście

08 cze

Mieszkam sama, więc odpada mi problem gotowania osobno dla siebie, osobno dla dzieci, męża, teściowej i kota. Luksus, co nie? :-) Ale czasem wpadają znajomi. Co mnie oczywiście niezmiernie cieszy, ale zawsze staję przed niezmiennym problemem: co przygotować do jedzenia???

Niestety do tej pory był to spory problem. Bo jakoś sobie ubzdurałam, że musi być na bogato. Szykowałam więc różne pyszności i… kończyło się to potrójną katastrofą dietową. Potrójną – bo podjadałam przygotowując jedzonko (żeby sprawdzić co podaję), podjadałam w trakcie imprezy (no bo przecież wszyscy jedzą, a gospodyni nie?) i podjadałam po wyjściu gości (przecież resztki nie powinny się zmarnować). MASAKRA.

Powoli przekonuję się do zmiany podejścia. Podaję więcej zdrowych i dietetycznych przekąsek, owoców, orzechów itp. itd. Większość gości to nawet docenia – teraz taka moda na bycie fit, że nawet największe chudzinki dbają o linię i nawet nie spojrzą w stronę ciasta czekoladowego. :-P Przeczytaj resztę notki »

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zakupy

10 maj

Dieta zaczyna się w sklepie. To, co włożysz do koszyka w markecie, wcześniej czy później wyląduje w Twoim brzuchu. - Wiem, że to mało odkrywcze stwierdzenie, ale ja uczę się go wciąż na nowo. Bo nadal borykam się z niesamowitymi pokusami podczas zakupów.

Staram się już nie kupować czegoś z przyzwyczajenia, nie skręcać odruchowo w pewne alejki i nie zatrzymywać się przy niektórych półkach. Bo po co? O pewnych produktach lepiej zapomnieć i już! Jednak siła nawyku jest ogromna. Najtrudniej jest mi poradzić sobie z tzw. kupowaniem na zapas, na czarną godzinę, na wypadek wizyty gości itp. – ilekroć kupowałam coś niezdrowego z taką myślą, korciło mnie to i zwykle pożerałam to najdalej następnego dnia…

Najbardziej kusi mnie alkohol i słone / pikantne przekąski (chipsy i cała reszta). Głos w mojej głowie mówi, że przecież jedna mała paczka chrupek mnie nie zabije, no i przecież wcale nie muszę jej zjeść zaraz po powrocie do domu. Ten głos zagłusza rozsądek i smutną prawdę, że na jednej paczce się nie skończy, a już jedna to mój limit kalorii na pół dnia…

Chodzę na zakupy z kartką i staram się nie wybierać „na głodnego”. Jednak, choć idzie mi coraz lepiej, nadal zdarza mi się w sklepie ulegać pokusie… a gdy ulegnę jej w markecie, to w domu jestem już bez szans. :-(
Też tak macie? Jak sobie z tym radzicie?

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ochota na słodycze i cały ten cukier

25 kwi

Od miesiąca jestem na słodyczowym odwyku. Do tej pory po coś słodkiego sięgałam właściwie codziennie – przynajmniej raz, a nawet dwa w ciągu doby. Jakaś czekoladka, batonik, ciasteczko… No bo jak to – kawa bez czegoś słodkiego? No i mały deserek po obiedzie by się przydał, prawda? Niby takie nic, a jednak coś.

Obecnie nadal są momenty, gdy nachodzi mnie niesamowita ochota na słodycze. Zwykle największą pokusą mam popołudniu, po obiedzie. Po prostu nie mogę się powstrzymać, nie mogę myśleć o niczym innym… :-(
Staram się wtedy sięgać po owoce – najczęściej jabłka. Ewentualnie kilka kostek gorzkiej czekolady.
Zauważyłam, że ochota na słodycze – z tygodnia na tydzień – znacznie spada!… :-)

Ostatnio oglądałam świetny film „Cały ten cukier”. Polecam gorąco tym, którzy jeszcze nie widzieli!
Dziennikarz, który do tej pory prowadził bardzo zdrowy tryb życia i stosował bezcukrową dietę, postanawia w ramach eksperymentu przejść na dietę wysokocukrową i spożywać w ciągu dnia równowartość 40 łyżeczek cukru (średnie spożycie w Australii, gdzie film jest kręcony). Ale nie sięga po fast-foody czy słodycze. Nie! Spożywa produkty, które uchodzą za dość zdrowe – soki owocowe, jakieś mleczne napoje itp. No i nie zmienia poziomu swojej aktywności fizycznej, czyli nadal regularnie biega i ćwiczy w domowej siłowni. A jednak w jego organizmie zachodzą niesamowite zmiany…
Film dość obrazowo tłumaczy jakie znaczenie w naszej diecie ma cukier. Z wielu rzeczy pewnie nie zdajemy sobie sprawy albo zwyczajnie je bagatelizujemy. Nie będę zdradzać szczegółów, obejrzyjcie sami! :-)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii pamiętnik odchudzania

 

Tydzień czwarty

24 kwi

Minął właśnie 4. tydzień prowadzenia bloga i moich zmagań z wagą…

Pierwsze trzy dni chyba lepiej byłoby okryć zasłoną milczenia – jadłam za dużo i nie to, co trzeba. Dałam pofolgować swoim zachciankom. No i jedyny ruch to kiwanie palcem w bucie. Żenada! :-(
Na szczęście w czwartek wróciła mobilizacja. Nawet poszłam pobiegać! No i znowu grzecznie liczę kalorie i nie sięgam po słodycze czy inne niezdrowe przekąski. Oby tak dalej…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii pamiętnik odchudzania

 

Tydzień trzeci

18 kwi

Tydzień trzeci niewiele różnił się od tygodnia drugiego. W miarę trzymałam dietę (choć nie obyło się bez wpadek, jak np. w Dzień Czekolady). Ruchu natomiast niewiele.

Bilans? Przez 3 tygodnie schudłam 1,5kg, czyli średnio pół kilo tygodniowo. Lepsze to niż nic, ale wiem, że taką wagę mogę spokojnie nadrobić z powrotem jednym weekendem obżarstwa… :-(
Postanowienie na kolejny tydzień? Choć odrobina systematycznego ruchu. I trzymać się z daleka od czekolady! ;-)

 
 

Dzień Czekolady

13 kwi

W sumie to jakoś umknęło mi, że wczoraj był Światowy Dzień Czekolady. Ale faktycznie świętowałam. :-P
Po prostu tak jakoś przypadkowo zbiegło się to z imprezą u moich znajomych.

No i przez pół imprezy trzymałam się dzielnie. Siedziałam z kubkiem herbaty (niczym jakaś babcia emerytka) i nawet nie patrzyłam w stronę piętrzących się na stole pyszności. Ale po paru godzinach… gdy raz po raz ktoś obok sięgał po jakiś smakołyk… nie wytrzymałam. Jak nie trudno się domyśleć, na jednych chipsiku czy kostce czekolady się nie skończyło. :-( Ehhh…

Ogólnie coraz lepiej mi idzie na tym słodyczowym detoksie. W większości przypadków jestem w stanie opanować zachcianki. Ale nie kiedy ktoś stawia przede mną zakazane przekąski i one stoją i stoją i kuszą i kuszą… No kurde, święty by nie wytrzymał!

 
 

Tydzień drugi

10 kwi

Za mną drugi tydzień (prawie) bez słodyczy. Prawie, bo w środę zostałam poczęstowana ciastem i po prostu nie udało mi się odmówić (nie chciałam robić przykrości gospodyni, więc w końcu uległam i zjadłam). Ale poza tym staram się trzymać. Z radością obserwuję, że drugi tydzień był znacznie prostszy niż pierwszy – owszem, nadal miałam straszną ochotę na coś słodkiego, ale już nie myślę o czekoladzie i chipsach 24h na dobę. ;-)

Niestety jeśli chodzi o ruch – porażka. :-( O ile w pierwszym tygodniu dzielnie chodziłam na dłuuugie spacery, to w ostatnim tygodniu nie robiłam właściwie nic. A miałam zwiększać intensywność, a nie zmniejszać! Eh, taka właśnie moja słaba silna wola… :-(

14

Widocznych efektów niestety nadal brak… zastanawiam się, czy nie powinnam pójść do specjalisty. Mam na myśli dietetyka albo trenera personalnego. No bo bądźmy szczerzy, ja się na tym nie znam. Działam intuicyjnie. Z jednej strony znam siebie i swój organizm lepiej niż ktokolwiek inny (co powinno działać na moją korzyść), ale z drugiej może przez swoje niedouczenie tylko będę marnować czas i energię (katować się ale bez efektów)??? Hmmm…

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii pamiętnik odchudzania