RSS
 

Dyszka

12 cze

Zgubiłam dychę. Na szczęście nie chodzi o 10 PLN, ale o 10 KG – więc skaczę z radości. :-) Schudłam 10 kilogramów w stosunku do swojej maksymalnej wagi, a 6 kilo od momentu prowadzenia bloga. Zajęło mi to sporo czasu i kosztowało wiele wyrzeczeń, ale udało się. :-) Przede mną oczywiście jeszcze dłuuuga droga, ale pierwszy wymierny sukces jest. Oby tak dalej!

Miało się udać do moich urodzin – i tak się stało. To najlepszy prezent urodzinowy od samej siebie dla siebie. :-) :-) :-)

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii pamiętnik odchudzania

 

Goście, goście

08 cze

Mieszkam sama, więc odpada mi problem gotowania osobno dla siebie, osobno dla dzieci, męża, teściowej i kota. Luksus, co nie? :-) Ale czasem wpadają znajomi. Co mnie oczywiście niezmiernie cieszy, ale zawsze staję przed niezmiennym problemem: co przygotować do jedzenia???

Niestety do tej pory był to spory problem. Bo jakoś sobie ubzdurałam, że musi być na bogato. Szykowałam więc różne pyszności i… kończyło się to potrójną katastrofą dietową. Potrójną – bo podjadałam przygotowując jedzonko (żeby sprawdzić co podaję), podjadałam w trakcie imprezy (no bo przecież wszyscy jedzą, a gospodyni nie?) i podjadałam po wyjściu gości (przecież resztki nie powinny się zmarnować). MASAKRA.

Powoli przekonuję się do zmiany podejścia. Podaję więcej zdrowych i dietetycznych przekąsek, owoców, orzechów itp. itd. Większość gości to nawet docenia – teraz taka moda na bycie fit, że nawet największe chudzinki dbają o linię i nawet nie spojrzą w stronę ciasta czekoladowego. :-P Przeczytaj resztę notki »

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zmiany, zmiany – cz. 2

31 maj

Ostatnio jakoś znów mam kryzys i zajadam stresy. :-( Ale dziś nie o tym!

Pisałam niedawno o tym, że moje ciało zaczyna się zmieniać i że te zmiany póki co są widoczne jedynie dla mnie samej, ale powoli zaczyna je dostrzegać również moje otoczenie…
Zastanawiałam się, jakie będą pierwsze uwagi moich bliskich. Będą pytać jaką dietę stosuję? Prawdę powiedziawszy obawiałam się trochę, że usłyszę coś w stylu „wiesz, już od dawna zastanawialiśmy, jak Ci powiedzieć, że zapuściłaś się potwornie i najwyższy czas wziąć się za siebie… więc dobrze, że sama to zauważyłaś i w końcu coś zaczęłaś ze sobą robić”. To byłoby przykre, ale przynajmniej szczere. A tymczasem…

Kilkoro znajomych i członków rodziny, którzy nie widzieli mnie dłuższy czas zobaczyło różnicę. I co powiedzieli? Wciąż nie mogę w to uwierzyć… Właściwie nikt mnie nie pochwalił ani nie pogratulował. Za to od dwóch osób usłyszałam, że… powinnam więcej jeść! Tak, kuuuuurrrrrwwwaaaa WIĘCEJ! Czy ich totalnie pojebało?!?!?!
Udało mi się zrzucić 7kg, ale dalej mam jakieś 15kg nadwagi, dalej mam wielki brzuch, oponkę i zwały tłuszczu! Dalej jestem gruba! A oni mi mówią, że powinnam jeść więcej albo nie przesadzać z odchudzaniem. Tego się nie spodziewałam w najśmielszych przypuszczeniach…

Czyżby wszyscy już się przyzwyczaili, że jestem grubaskiem? I to takim największym w towarzystwie. I może moje chudnięcie burzy ich porządek wszechświata? Może boją się, że za jakiś czas już nie będzie z kogo żartować czy komu współczuć? Nie wiem, nie rozumiem tego… Ale jest mi strasznie przykro. :-( Dlaczego nikt nie chce mi kibicować i cieszyć się tym, że walczę o swoje zdrowie (a w drugiej kolejności o wygląd)? Smutno, smutno, smutno… :-(

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii pamiętnik odchudzania

 

Gruba i szczęśliwa

24 maj

Odkąd sama prowadzę bloga, chętniej i częściej czytam wpisy innych blogerek. Zwłaszcza tych plus size. I raz po raz natrafiam – czy to w samych postach czy w komentarzach – na dyskusję dotyczącą bycia grubą i (ale?) szczęśliwą…

Generalnie obozy są dwa. :-) Pierwsza grupa to dziewczyny, które pokazują na własnym przykładzie, że nadprogramowe kilogramy wcale nie odejmują urody czy pewności siebie. Pokazują jak seksownie i kreatywnie się ubrać w rozmiarze XXL czy wręcz jak czerpać profity ze swej tuszy (praca jako modelka plus size). Emanują energią, samoakceptacją i pozytywnym nastawieniem. Są inspiracją i żywym przykładem na to, że nadwaga nie powinna być powodem do wstydu i kompleksów. Mówią wprost: można być grubym i szczęśliwym, oczywiście, że tak!…
Po przeciwnej stronie są te walczące – walczące z własnymi kilogramami i z… grupą pierwszą. Te dziewczyny nieustannie powtarzają, że nie ma nic fajnego w fałdkach i dlatego trzeba się ich pozbyć za wszelką cenę. A ten kto uważa inaczej łże i tylko szuka wymówki i usprawiedliwienia dla własnego lenistwa. Jednym tchem wyliczają zalety smukłej sylwetki i wady tej mniej smukłej. Chudnij i pracuj nad swoim ciałem, a osiągniesz szczęście!

I kto tu ma rację? Czy można być grubym i szczęśliwym? Czy to bzdura?

Moim zdaniem samo postawienie takiego pytania świadczy o ignorancji i pewnym ograniczeniu umysłowym. Jednym słowem taka teza to jakaś (gruba) pomyłka! Na Boga, przecież szczęście to nie kilogramy czy centymetry w pasie. Oczywiście, pewnie łatwiej o dobry humor, gdy się jest pięknym, młodym, szczupłym, bogatym i ma się mnóstwo przyjaciół. Ale żaden z tych elementów nie jest gwarantem szczęścia. Tak więc formułowanie jakiegokolwiek trybu warunkowego czy łańcucha przyczynowo-skutkowego pomiędzy tuszą a szczęściem nie ma sensu i jest totalnym nieporozumieniem!…

Szczęście jest w naszej głowie. I to w głowie rodzą się kompleksy czy samoakceptacja.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zmiany, zmiany…

21 maj

„To zajmie 4 tygodnie zanim Ty zauważysz różnicę. To zajmie 8 tygodni zanim zauważą ją Twoi znajomi i rodzina. To zajmie 12 tygodni zanim zobaczy ją cały świat” – takie zdanie znalazłam jakiś czas temu na blogu Czekoholiczki. U mnie zmiany przebiegają znacznie wolniej, ale też w końcu efekty zaczęły być widoczne…

Moje ciało się zmienia. Widać to już nie tylko na wyświetlaczu wagi. Ubywa centymetrów, ciało powoli się wysmukla… Oczywiście przede mną jeszcze dłuuuga droga, ale też sporo już za mną. Wbiłam się np. w rozmiar mniejsze spodnie! To jest po prostu niesamowite!

Te zmiany wewnętrzne przyczyniają się również do zmian wewnętrznych. Mam więcej energii i zdecydowanie lepszy humor. Fakt, że zwały tłuszczu powolutku maleją dodaje mi pewności siebie. Czuję się po prostu silniejsza. :-)

Nie mogę się już doczekać momentu, gdy i otoczenie zacznie dostrzegać zmiany. Ale nawet jeśli to zajmie więcej niż 12 tygodni, to nie zamierzam się poddawać ani zatrzymywać na tej drodze. „Dobra zmiano” przybywaj! ;-) :-P

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii pamiętnik odchudzania

 

Zakupy

10 maj

Dieta zaczyna się w sklepie. To, co włożysz do koszyka w markecie, wcześniej czy później wyląduje w Twoim brzuchu. - Wiem, że to mało odkrywcze stwierdzenie, ale ja uczę się go wciąż na nowo. Bo nadal borykam się z niesamowitymi pokusami podczas zakupów.

Staram się już nie kupować czegoś z przyzwyczajenia, nie skręcać odruchowo w pewne alejki i nie zatrzymywać się przy niektórych półkach. Bo po co? O pewnych produktach lepiej zapomnieć i już! Jednak siła nawyku jest ogromna. Najtrudniej jest mi poradzić sobie z tzw. kupowaniem na zapas, na czarną godzinę, na wypadek wizyty gości itp. – ilekroć kupowałam coś niezdrowego z taką myślą, korciło mnie to i zwykle pożerałam to najdalej następnego dnia…

Najbardziej kusi mnie alkohol i słone / pikantne przekąski (chipsy i cała reszta). Głos w mojej głowie mówi, że przecież jedna mała paczka chrupek mnie nie zabije, no i przecież wcale nie muszę jej zjeść zaraz po powrocie do domu. Ten głos zagłusza rozsądek i smutną prawdę, że na jednej paczce się nie skończy, a już jedna to mój limit kalorii na pół dnia…

Chodzę na zakupy z kartką i staram się nie wybierać „na głodnego”. Jednak, choć idzie mi coraz lepiej, nadal zdarza mi się w sklepie ulegać pokusie… a gdy ulegnę jej w markecie, to w domu jestem już bez szans. :-(
Też tak macie? Jak sobie z tym radzicie?

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wyliczanka

28 kwi

Każda odchudzająca się osoba ma swój cel. Oprócz marzeń, by ładniej i szczuplej wyglądać oraz by mieścić się w mniejszy rozmiar ciuchów, zazwyczaj mamy też cel liczbowy. Ileś kilogramów i centymetrów mniej. Konkretne cyferki na wadze, które powiedzą nam, że tak, udało się!…

Moja wyliczanka wygląda następująco:

Waga wyjściowa to niechlubne 84 kilogramy. Bloga zaczęłam prowadzić ważąc równiutkie 80. Moim pierwszym celem jest szczęśliwa siódemka czyli magiczne 77. To dla mnie taki znak, że na dobre (oby!) pożegnałam się z ósemką. I uwaga… ten cel właśnie osiągnęłam! Hip hip hurra! ;-) Co dalej? Teraz będę dążyć do 74, bo tam przebiega granica, za którą BMI wyznacza nadwagę. Granica umowna, ale warto ją przekroczyć (i nie wracać). Docelowo chciałabym ważyć 68 (no może 69 bo ta liczba dobrze się kojarzy ;-) ).
Zapytacie dlaczego tylko tyle? Dlaczego nie 65, 60 albo 55? Po pierwsze dlatego, że zgubienie 16 kg (o ile się uda) będzie i tak nie lada osiągnięciem. A po drugie, nie zamierzam się katować dla idei – zawsze byłam Grubokoścista i pewnie taka umrę. Nie muszę być szczuplutka. Marzę o normalności. O wyglądzie nie budzącym obrzydzenia i o sukienkach w rozmiarze 40. Niewielkie wałeczki nie są złe, o ile nie przeradzają się w zwały tłuszczu. Krągłości mogą nawet dodawać kobiecości, póki nie wygląda się jak maskotka Michelin…

michelin-man

 
 

Ochota na słodycze i cały ten cukier

25 kwi

Od miesiąca jestem na słodyczowym odwyku. Do tej pory po coś słodkiego sięgałam właściwie codziennie – przynajmniej raz, a nawet dwa w ciągu doby. Jakaś czekoladka, batonik, ciasteczko… No bo jak to – kawa bez czegoś słodkiego? No i mały deserek po obiedzie by się przydał, prawda? Niby takie nic, a jednak coś.

Obecnie nadal są momenty, gdy nachodzi mnie niesamowita ochota na słodycze. Zwykle największą pokusą mam popołudniu, po obiedzie. Po prostu nie mogę się powstrzymać, nie mogę myśleć o niczym innym… :-(
Staram się wtedy sięgać po owoce – najczęściej jabłka. Ewentualnie kilka kostek gorzkiej czekolady.
Zauważyłam, że ochota na słodycze – z tygodnia na tydzień – znacznie spada!… :-)

Ostatnio oglądałam świetny film „Cały ten cukier”. Polecam gorąco tym, którzy jeszcze nie widzieli!
Dziennikarz, który do tej pory prowadził bardzo zdrowy tryb życia i stosował bezcukrową dietę, postanawia w ramach eksperymentu przejść na dietę wysokocukrową i spożywać w ciągu dnia równowartość 40 łyżeczek cukru (średnie spożycie w Australii, gdzie film jest kręcony). Ale nie sięga po fast-foody czy słodycze. Nie! Spożywa produkty, które uchodzą za dość zdrowe – soki owocowe, jakieś mleczne napoje itp. No i nie zmienia poziomu swojej aktywności fizycznej, czyli nadal regularnie biega i ćwiczy w domowej siłowni. A jednak w jego organizmie zachodzą niesamowite zmiany…
Film dość obrazowo tłumaczy jakie znaczenie w naszej diecie ma cukier. Z wielu rzeczy pewnie nie zdajemy sobie sprawy albo zwyczajnie je bagatelizujemy. Nie będę zdradzać szczegółów, obejrzyjcie sami! :-)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii pamiętnik odchudzania

 

Tydzień czwarty

24 kwi

Minął właśnie 4. tydzień prowadzenia bloga i moich zmagań z wagą…

Pierwsze trzy dni chyba lepiej byłoby okryć zasłoną milczenia – jadłam za dużo i nie to, co trzeba. Dałam pofolgować swoim zachciankom. No i jedyny ruch to kiwanie palcem w bucie. Żenada! :-(
Na szczęście w czwartek wróciła mobilizacja. Nawet poszłam pobiegać! No i znowu grzecznie liczę kalorie i nie sięgam po słodycze czy inne niezdrowe przekąski. Oby tak dalej…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii pamiętnik odchudzania

 

Wiosna, ach to Ty!…

19 kwi

Kwiecień plecień, bo przeplata – trochę zimy, trochę lata…
Pogoda rzeczywiście trochę jeszcze płata figle, ale nikt już chyba nie ma wątpliwości, że nastała prawdziwa wiosna i na powrót zimy nie ma co liczyć. Kwiaty kwitną, ptaki świergolą, słoneczko coraz wyżej… Wspaniale, czyż nie?

Otóż nie. Dla grubasa nadejście wiosny nie wróży nic dobrego. Powraca bowiem problem: w co się ubrać?!
Zima ma tę jedną wielką zaletę, że rewia mody kończy się na finezyjnie zawiązanym szaliku. W grubym wełnianym swetrze i puchowej kurtce wszyscy wyglądamy podobnie – grubi i chudzi, ładni i brzydcy – wszyscy chowamy się przed mrozem pod kolejnymi warstwami ciuchów. I to jest piękne. A wiosną?

Wiosna i lato to odsłonięte ramiona, cienkie bluzeczki, krótkie spodenki… czyli wszystko to, co dla grubasa zakazane. Trzeba się bowiem odziać nie w to, co wygodne czy modne, ale w to, w co się człowiek mieści i w czym wyjście z domu będzie społecznie akceptowalne. A któż by chciał oglądać zwały tłuszczu, cellulit, obwisłą skórę? Ehhhh…. zimo wróć!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii