RSS
 

Archiwum - Maj, 2016

Zmiany, zmiany – cz. 2

31 maj

Ostatnio jakoś znów mam kryzys i zajadam stresy. :-( Ale dziś nie o tym!

Pisałam niedawno o tym, że moje ciało zaczyna się zmieniać i że te zmiany póki co są widoczne jedynie dla mnie samej, ale powoli zaczyna je dostrzegać również moje otoczenie…
Zastanawiałam się, jakie będą pierwsze uwagi moich bliskich. Będą pytać jaką dietę stosuję? Prawdę powiedziawszy obawiałam się trochę, że usłyszę coś w stylu „wiesz, już od dawna zastanawialiśmy, jak Ci powiedzieć, że zapuściłaś się potwornie i najwyższy czas wziąć się za siebie… więc dobrze, że sama to zauważyłaś i w końcu coś zaczęłaś ze sobą robić”. To byłoby przykre, ale przynajmniej szczere. A tymczasem…

Kilkoro znajomych i członków rodziny, którzy nie widzieli mnie dłuższy czas zobaczyło różnicę. I co powiedzieli? Wciąż nie mogę w to uwierzyć… Właściwie nikt mnie nie pochwalił ani nie pogratulował. Za to od dwóch osób usłyszałam, że… powinnam więcej jeść! Tak, kuuuuurrrrrwwwaaaa WIĘCEJ! Czy ich totalnie pojebało?!?!?!
Udało mi się zrzucić 7kg, ale dalej mam jakieś 15kg nadwagi, dalej mam wielki brzuch, oponkę i zwały tłuszczu! Dalej jestem gruba! A oni mi mówią, że powinnam jeść więcej albo nie przesadzać z odchudzaniem. Tego się nie spodziewałam w najśmielszych przypuszczeniach…

Czyżby wszyscy już się przyzwyczaili, że jestem grubaskiem? I to takim największym w towarzystwie. I może moje chudnięcie burzy ich porządek wszechświata? Może boją się, że za jakiś czas już nie będzie z kogo żartować czy komu współczuć? Nie wiem, nie rozumiem tego… Ale jest mi strasznie przykro. :-( Dlaczego nikt nie chce mi kibicować i cieszyć się tym, że walczę o swoje zdrowie (a w drugiej kolejności o wygląd)? Smutno, smutno, smutno… :-(

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii pamiętnik odchudzania

 

Gruba i szczęśliwa

24 maj

Odkąd sama prowadzę bloga, chętniej i częściej czytam wpisy innych blogerek. Zwłaszcza tych plus size. I raz po raz natrafiam – czy to w samych postach czy w komentarzach – na dyskusję dotyczącą bycia grubą i (ale?) szczęśliwą…

Generalnie obozy są dwa. :-) Pierwsza grupa to dziewczyny, które pokazują na własnym przykładzie, że nadprogramowe kilogramy wcale nie odejmują urody czy pewności siebie. Pokazują jak seksownie i kreatywnie się ubrać w rozmiarze XXL czy wręcz jak czerpać profity ze swej tuszy (praca jako modelka plus size). Emanują energią, samoakceptacją i pozytywnym nastawieniem. Są inspiracją i żywym przykładem na to, że nadwaga nie powinna być powodem do wstydu i kompleksów. Mówią wprost: można być grubym i szczęśliwym, oczywiście, że tak!…
Po przeciwnej stronie są te walczące – walczące z własnymi kilogramami i z… grupą pierwszą. Te dziewczyny nieustannie powtarzają, że nie ma nic fajnego w fałdkach i dlatego trzeba się ich pozbyć za wszelką cenę. A ten kto uważa inaczej łże i tylko szuka wymówki i usprawiedliwienia dla własnego lenistwa. Jednym tchem wyliczają zalety smukłej sylwetki i wady tej mniej smukłej. Chudnij i pracuj nad swoim ciałem, a osiągniesz szczęście!

I kto tu ma rację? Czy można być grubym i szczęśliwym? Czy to bzdura?

Moim zdaniem samo postawienie takiego pytania świadczy o ignorancji i pewnym ograniczeniu umysłowym. Jednym słowem taka teza to jakaś (gruba) pomyłka! Na Boga, przecież szczęście to nie kilogramy czy centymetry w pasie. Oczywiście, pewnie łatwiej o dobry humor, gdy się jest pięknym, młodym, szczupłym, bogatym i ma się mnóstwo przyjaciół. Ale żaden z tych elementów nie jest gwarantem szczęścia. Tak więc formułowanie jakiegokolwiek trybu warunkowego czy łańcucha przyczynowo-skutkowego pomiędzy tuszą a szczęściem nie ma sensu i jest totalnym nieporozumieniem!…

Szczęście jest w naszej głowie. I to w głowie rodzą się kompleksy czy samoakceptacja.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zmiany, zmiany…

21 maj

„To zajmie 4 tygodnie zanim Ty zauważysz różnicę. To zajmie 8 tygodni zanim zauważą ją Twoi znajomi i rodzina. To zajmie 12 tygodni zanim zobaczy ją cały świat” – takie zdanie znalazłam jakiś czas temu na blogu Czekoholiczki. U mnie zmiany przebiegają znacznie wolniej, ale też w końcu efekty zaczęły być widoczne…

Moje ciało się zmienia. Widać to już nie tylko na wyświetlaczu wagi. Ubywa centymetrów, ciało powoli się wysmukla… Oczywiście przede mną jeszcze dłuuuga droga, ale też sporo już za mną. Wbiłam się np. w rozmiar mniejsze spodnie! To jest po prostu niesamowite!

Te zmiany wewnętrzne przyczyniają się również do zmian wewnętrznych. Mam więcej energii i zdecydowanie lepszy humor. Fakt, że zwały tłuszczu powolutku maleją dodaje mi pewności siebie. Czuję się po prostu silniejsza. :-)

Nie mogę się już doczekać momentu, gdy i otoczenie zacznie dostrzegać zmiany. Ale nawet jeśli to zajmie więcej niż 12 tygodni, to nie zamierzam się poddawać ani zatrzymywać na tej drodze. „Dobra zmiano” przybywaj! ;-) :-P

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii pamiętnik odchudzania

 

Zakupy

10 maj

Dieta zaczyna się w sklepie. To, co włożysz do koszyka w markecie, wcześniej czy później wyląduje w Twoim brzuchu. - Wiem, że to mało odkrywcze stwierdzenie, ale ja uczę się go wciąż na nowo. Bo nadal borykam się z niesamowitymi pokusami podczas zakupów.

Staram się już nie kupować czegoś z przyzwyczajenia, nie skręcać odruchowo w pewne alejki i nie zatrzymywać się przy niektórych półkach. Bo po co? O pewnych produktach lepiej zapomnieć i już! Jednak siła nawyku jest ogromna. Najtrudniej jest mi poradzić sobie z tzw. kupowaniem na zapas, na czarną godzinę, na wypadek wizyty gości itp. – ilekroć kupowałam coś niezdrowego z taką myślą, korciło mnie to i zwykle pożerałam to najdalej następnego dnia…

Najbardziej kusi mnie alkohol i słone / pikantne przekąski (chipsy i cała reszta). Głos w mojej głowie mówi, że przecież jedna mała paczka chrupek mnie nie zabije, no i przecież wcale nie muszę jej zjeść zaraz po powrocie do domu. Ten głos zagłusza rozsądek i smutną prawdę, że na jednej paczce się nie skończy, a już jedna to mój limit kalorii na pół dnia…

Chodzę na zakupy z kartką i staram się nie wybierać „na głodnego”. Jednak, choć idzie mi coraz lepiej, nadal zdarza mi się w sklepie ulegać pokusie… a gdy ulegnę jej w markecie, to w domu jestem już bez szans. :-(
Też tak macie? Jak sobie z tym radzicie?

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii